Władca Pierścienia, edycja 2020. Wersja Covid-19, czyli solo.

Autor: Paweł Wichłacz

I stało się.

Polski rząd z dniem 30 maja br poluzował obostrzenia dotyczące organizacji wydarzeń sportowych, w tym biegów.

Zbieżność dat? Przypadek? Nie sądzę!

Powód mógł być tylko jeden. Rządzący mając na uwadze rangę i doniosłość wydarzenia postanowili umożliwić przeprowadzenie Władcy w pierwotnie zaplanowanym terminie. Będąc więc świadom, że oczy tysięcy rodaków skierowane są tego dnia na pomarańczowy szlak wokół Poznania decyzja mogła być tylko jedna. Biegniemy.

Geneza

Pomysł przebiegnięcia trasy Władcy narodził się dość spontanicznie. Powstał dokładnie dwa tygodnie przed jego urzeczywistnieniem.

Przyznaję bez bicia (a jedynie bijąc się w pierś), że układając kalendarz startów nie miałem w planach udziału w biegu. W tym roku postanowiłem spełnić wreszcie jedno ze swoich biegowych marzeń – zmierzyć z Biegiem 7 Szczytów w Lądku, więc wszystkie plany były podporządkowane temu marzeniu.

Cóż… „Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga opowiedz mu o swoich planach na przyszłość” jak mawia Woody Allen. W połowie marca wszyscy musieliśmy zmierzyć się z nową rzeczywistością i osobiste plany przestały mieć znaczenie.

W tym momencie szybki fast forward do przodu. Mamy dzień 16 maja. Doznaję olśnienia. Albo mam wizję. Jak zwał tak zwał, w każdym razie tego dnia dotarło do mnie, że bieg w Lądku się odbędzie.

Huurraaa! Juhuu!

Momencik… przecież jestem kompletnie nie przygotowany. Trybiki zaczęły gorączkowo pracować. Szare komórki, wszystkie cztery, zostały zaprzęgnięte do katorżniczej roboty. Docelowy start już za dwa miesiące. Do tego czasu nie będzie możliwości przetrzeć się na jakichkolwiek zawodach. Wyjazd w góry na jakiś mini obóz z różnych względów odpada. Czyli trzeba wymyślić coś na miejscu i zrealizować to bez zbędnej zwłoki. I w ten oto sposób mój wzrok, niczym oko Saurona, skierował się w stronę pierścienia.

Plan i założenia na bieg

W tej samej chwili w której narodził się pomysł było dla mnie jasne, że to musi być akurat 30 maja i w tym samym kierunku co oryginalny Władca (to jest zgodnie z ruchem wskazówek zegara).

Natomiast od samego początku przyjąłem, że nie będę się telepał do Murowanej, żeby

rozpocząć z miejsca z którego startują prawdziwe zawody. Postanowiłem po prostu ruszyć z miejsca najbliższego memu zamieszkania. Ponieważ chciałem poeksperymentować trochę z odżywianiem i menu pomysł zakładał pokonanie pętli w wersji „ze wsparciem”.

Jedno z moich największych życiowych szczęść polega na tym, że kiedy rzucam w domu pomysł:

– „Kochanie tak sobie pomyślałem, że w sobotę przebiegnę ok. 170 km i nie będzie mnie cały dzień. Super pomysł co? Pomożesz?”

Kasia odpowiada przez ramię nie odwracając nawet głowy od tego czym się akurat zajmuje: – „Napisz mi na kartce gdzie i o której mam być i co wziąć ze sobą.”
Moja kochana altruistka. Doceniam jej poświęcenie. Mam nadzieję, że potrafię jej to

pokazać, a co ważniejsze, że potrafię się również odwdzięczyć. Bez niej nie odważyłbym się porywać na takie rzeczy. Kochanie dziekuję.

Ponieważ Kasia bez mrugnięcia postanowiła poświęcić swoją wolną sobotę na kręcenie się samochodem po powiecie poznańskim przyjąłem, że całość spróbuję ogarnąć mniej więcej za dnia, żeby nie angażować jej chociaż w nocy. Jak się potem szybko okazało było to mrzonką na resorach od samego początku. W każdym razie założyłem, że ruszę jak tylko na niebie pojawią się pierwsze oznaki dnia, czyli chwilę przed 4.00, a skończę ok. 22.00 kiedy zapadnie ciemna noc.

Ponieważ nie wchodziło w grę zrywanie Kasi o tak barbarzyńskiej godzinie w wolny dzień przyjąłem również, że do pętli po prostu dobiegnę. Jako, że jestem szczęśliwym mieszkańcem wsi stołecznej Szreniawa, wujek Google podpowiedział mi, że najbliżej pierścień mam w Mosinie tuż poniżej Osowej Góry.

Idealne miejsce na początek i koniec tej mojej małej przygody. Bo tak naprawdę całe to przedsięwzięcie tym właśnie dla mnie było. Do tej pory taki dystans przebiegłem tylko raz. Na festiwalu Ultra Trail Małopolska rok temu. Mając jednak w pamięci, że w Lądku chcę zmierzyć się z dystansem znacznie dłuższym, co zajmie mi ze 40 godzin uznałem, że warto wcześniej sprawdzić organizm podczas wysiłku trwającego przynajmniej około 20 godzin.

Z Kasią ustaliliśmy, że spotkamy się w Murowanej Goślinie, Tulcach i oczywiście na Osowej Górze, skąd zgarnie moje zwłoki do domu.

Z jednej strony wyzwanie traktowałem bardzo serio. Byłem w pełni świadom skali jego trudności i w sferze mentalnej przygotowałem się należycie.

Z drugiej strony, nie traktowałem go śmiertelnie poważnie. Nie rozpisałem temp poszczególnych odcinków. Swobodnie podszedłem do kwestii sprzętu i trasy. Najważniejszy miał być czas spędzony na nogach i w biegu. Byłem po prostu wygłodniały ultra. Niczym poznaniak rogala świętomarcińskiego przed 11 listopada.

3, 2, 1, start 🙂

Próg domu opuściłem punktualnie o 3.45. Niebo na wschodzie było już bardziej granatowe niż czarne. Wieś pogrążona była jeszcze w leniwym śnie. Wzdłuż opłotków przechadzał się jedynie czarny kocur wyraźnie zdziwiony widokiem człowieka o tej porze.

Pierwszy odcinek to dobieg do właściwej pętli po moich codziennych ścieżkach biegowych. Pole, las, jezioro – wszystko czego dusza potrzebuje w obcowaniu z naturą.

Niebo nad szreniawskimi polami chwil kilka przed wschodem słońca

Mieszkając na co dzień na granicy Wielkopolskiego Parku Narodowego jestem przyzwyczajony do widoku dzikiej zwierzyny. Rzadko zdarza mi się odbyć trening, na którym nie spotkam sarny lub dzika. A mimo to ilość zwierzaków jaką widziałem tego ranka całkowicie mnie zszokowała. I jednocześnie wprawiła w zachwyt. Okazuje się, że kiedy człowiek smacznie śpi natura wesoło sobie bryka, korzysta z chwil spokoju i oddycha pełną piersią.

Na każdym (dosłownie na każdym!) polu grasowało co najmniej kilka saren, łani, a nawet dzików. W wielu miejscach ponad kłosy wystawały jedynie drobne trójkątne sarnie główki, niczym peryskopy łodzi podwodnych wystające nad poziom morza.

Na początku zatrzymywałem się przy każdym spotkaniu sięgając po telefon chcąc zrobić zdjęcie. I za każdym razem powtarzał się ten sam scenariusz. Dopóki biegłem peryskopy czujnie obracały się śledząc każdy mój ruch. W momencie, w którym zatrzymywałem się atmosfera gęstniała niczym w filmowym dreszczowcu. Normalnie brakowało tylko muzyki ze Szczęk w tle. Kiedy sięgałem do kieszonki plecaka po telefon, jak na jakiś magiczny sygnał zaczynała się szalona

page3image35732096

ucieczka w stronę lasu…
Po kilku próbach dałem więc spokój zdając sobie ze wstydem sprawę, że swoim typowo

ludzkim zachowaniem zakłócam pewien porządek w świecie, w którym jestem niczym więcej niż tylko intruzem. Niedawno słyszałem cytat, który głęboko zapadł mi pamięć. „Prawdziwe piękno nie szuka widzów”. To co chciałem uchwycić i zamknąć w obrazie, wcale nie chciało być uchwycone i zamknięte. Od tego momentu zmieniłem perspektywę. Przestałem patrzeć z zewnątrz, tak jak patrzy widz na jakieś przedstawienie. Biegnąc wzdłuż pól miarowym, spokojnym i jednostajnym krokiem nagle przestałem być zagrożeniem. Przestałem czuć się jak intruz i przestałem być jak intruz traktowany. Stałem się częścią tego co mnie otaczało. Poczułem, że jestem w odpowiednim miejscu i we właściwym czasie. Poczułem się jak u siebie.

Po lewej stronie sympatyczna parka dziczków na moment przed ucieczką. Po prawej stadko łani w trakcie ucieczki.

Pierwsza część trasy jest jednocześnie jednym z najpiękniejszych fragmentów całego pierścienia. To piękno zostało dodatkowo podkreślone przez porę dnia. Lasy i pola Wielkopolskiego Parku Narodowego przy wschodzie słońca wyglądają baśniowo niczym Shire z kart książek Tolkiena. Pola obsiane zbożem mają teraz moją ulubioną barwę. Kłosy jeszcze nie są złote, ale już

page4image35798048

nie zielone. Są gdzieś pomiędzy. W trakcie przemiany. Będąc jedynym przedstawicielem gatunku w tym krajobrazie niemal namacalnie czułem jak pewna przemiana dokonuje się również we mnie. Czegoś takiego człowiek doświadcza jedynie podczas takich chwil. To było moje katharsis.

Katharsis…

Za każdym razem kiedy ktoś mnie pyta dlaczego biegam, mam problem z tym pytaniem. Jest tak wiele powodów. I nie zawsze ten sam, jest tym najważniejszy. Gdybym miał na nie odpowiedzieć akurat tego dnia powiedziałbym, że bo po prostu mogę.

Z natury jestem introwertykiem, a taka przygoda daje rzadką okazję do spędzenia czasu z samym sobą. Spędzenia tak naprawdę, a nie tylko powierzchownie. Samotna podróż jest dla mnie esencją wolności w dzisiejszym świecie. Świecie stworzonym przez nas samych, pełnym zasad, reguł, nakazów, obowiązków, ról, zależności i całej masy innych powinności. Bieganie na łonie natury jest najlepszą formą wyzwolenia z więzów cywilizacyjnych jaką dotąd udało mi się odkryć. Polecam każdemu, kto szuka i potrzebuje czegoś więcej niż tylko facebooka, netflixa i you tube’a.

No ale dość już filozofowania i metafizyki jak na jeden tekst.

Trasa

Ruszając na szlak nie miałem pojęcia jak różnorodna i zróżnicowana jest pętla pierścienia. Okazało się, że trasa oferuje dużo więcej, niż to wynika z opisów dostępnych w internecie.

Długość pętli Władcy Pierścienia to ok. 168 km. Sporo. Przy tej długości każdy znajdzie coś dla siebie. Mniej więcej połowa z tych kilometrów przypada na asfalt, natomiast druga połowa wiedzie leśnymi ścieżkami i polnymi szutrami. Dla mnie na przykład zdecydowanie przyjemniejsze

page5image35813392

były fragmenty po naturalnej nawierzchni. Za to pewien mój dobry kolega Krzysztof, na pewno by się ze mną nie zgodził. Widzicie Krzysztof od asfaltu bardziej kocha jedynie swoją żonę. Plotka głosi, że nawet podłogi w chacie ma wylane asfaltem. Dla niego pewnie atrakcyjniejsza byłaby właśnie ta część trasy, którą ja przeklinałem.

Tu mała dygresja. Jeśli na co dzień unikasz asfaltu jak ognia, a ostatni poważny odcinek (półmaraton) po tej nawierzchni zrobiłeś dwa lata wcześniej, to rzucanie się nagle na ok. 80 km asfaltu jest z gatunku pomysłów sikania pod wiatr. Nie chodzi o to, że się nie da. Da się. Tylko to nie jest dobry pomysł. W momencie pisania tego tekstu minęły już trzy dni, a moje stopy wciąż mają focha i naprawdę nie wiem kiedy im łaskawie przejdzie…

Ale wracając na pętlę. Jak już zdaje się wspomniałem część po WPN-ie jest zdecydowanie jedną z najatrakcyjniejszych przyrodniczo oraz pod względem wzrokowych i duchowych doznań. Na pętli jest jeszcze jeden odcinek o podobnie hipnotyzującym poziomie ładunku. Puszcza Zielonka. To odcinek pomiędzy miejscowościami Rakownia – Dąbrówka Kościelna z przepięknym Arboretum w Zielonce po drodze.

Moim numerem trzy na całej pętli był fragment, który samowolnie i z premedytacją zmodyfikowałem w stosunku do oryginalnej trasy Władcy. Miało to miejsce na odcinku Radojewo – Bierusko. Pierwotnie trasa prowadziła wzdłuż szosy. Pozwoliłem sobie na zamianę tego odcinka na nadwarciański szlak rowerowy biegnący leśnymi duktami wzdłuż rzeki Warty.

Dla kontrastu na zupełnie przeciwnym biegunie były dla mnie odcinki przebiegające przez większe miejscowości takie jak Stęszew, Murowana Goślina, Kostrzyn, czy Mosina. Nie chcę przez to powiedzieć, że te miejscowości są nieciekawe jako takie. Absolutnie nie. W każdym z wymienionych miast są miejsca warte obejrzenia i historie warte poznania. Mam jedynie na myśli to, że akurat mijając je biegiem bardzo niewiele z tych rzeczy nie widać.

Choć akurat jedna z ciekawszych przygód dnia spotkała mnie akurat zaraz za Stęszewem. Kiedy dzień wcześniej sprawdzałem pogodę zauważyłem co prawda, że odczuwalna pogoda nad ranem ma wynosić tylko 3°C jednak nie przejąłem się tym zbytnio. Wziąłem bluzę, czapkę, komin i rękawiczki. Wychodząc z domu założyłem całą tą garderobę na siebie, ale po pół godzinie zrobiło mi się na tyle gorąco, że wszystko prócz rękawiczek zdjąłem. Przez WPN biegło się lekko i przyjemnie. Byłym na swoi terenie. Ścieżki znałem jak własną kieszeń, więc myśli swobodnie błądziły sobie po różnych zakamarkach umysłu.

W międzyczasie wstał dzień, na niebie pojawiło się słońce, a na ziemi zrobiło się jakoś diabelnie zimno. Świadomość wróciła mi, kiedy chciałem zjeść mus owocowy i okazało się, że mam tak zgrabiałe palce, że nie mogę odkręcić tubki. W ruch poszły zęby, a oczami wyobraźni już widziałem napis na nagrobku:

„Zmarł w piękny, ciepły, słoneczny dzień 30 maja z powodu hipotermii. Paweł Wichłacz – zdobywca nagrody Darwina.”

Gorączkowo zacząłem myśleć co na moim miejscu zrobiłby Bear Grylls. Ponieważ jednak nigdy nie widziałem żadnego odcinka i nic nie przyszło mi do głowy zacząłem po prostu robić dłońmi słoneczka jak uczyła pani w przedszkolu i na chwilę zwiększyłem tempo. Uff, pomogło. Nagroda Darwina przeszła koło nosa. Trudno, pewnie jeszcze nie raz trafi się okazja…

Pętla ma swoje małe, cudowne, zniewalająco piękne miejsca. To przede wszystkim małe wioski i wioseczki, w których zatrzymał się czas. Na trasie są one skumulowane tak jakoś na odcinku między Stęszewem i Lusówkiem (choć nie tylko). To osady składające się niekiedy z dosłownie kilku chatek. Domy ze starej murowanej cegły. Taki sam mur dookoła, ale z ubytkami w zaprawie. Po jednych i drugich wspina się winobluszcz. Ogrody trochę chaotycznie zarośnięte, ale absolutnie nie zaniedbane. Widać w nich ludzką rękę, ale natura też dodała coś od siebie tu i ówdzie. Zupełnie jakbym patrzył na tajemniczy ogród z kart słynnej powieści. Bramy otwarte na oścież. Możesz bez problemu zajrzeć na podwórze. A tam prawdziwy folwark zwierzęcy. Kury, gęsi, koty, kozy, od czasu do czasu krowa. Wszystkiego pilnuje burek. Stoi w bramie i jasno daje do zrozumienia – zajrzeć możesz, ale wstęp wzbroniony.

Na przeciwległym biegunie są wioski-osiedla. Nowo wybudowane, jeszcze pachnące świeżością, ogromne wille kipiące luksusem. Im bardziej wyszukany projekt architektoniczny tym lepiej. Ogród starannie zaprojektowany i perfekcyjnie utrzymany. Każde źdźbło ma tu swoje ściśle przypisane miejsce i długość. Do tego wybrukowany podjazd z kostką brukową równiutką jak trawnik. Całość obrazu domyka nieskazitelnie czysty luksusowy samochód zaparkowany przed domem.

Dwa zupełnie różne światy między tymi samymi polami i na obrzeżach tych samych lasów. I nie chodzi o to, że jeden z nim jest lepszy od drugiego. Są po prostu różne, tak jak różnią się ludzie, którzy tam mieszkają. Ważne, że jedni i drudzy mają tu swoje własne miejsce na ziemi.

Kolejnym motywem przewijającym się wzdłuż pętli jest życiodajna woda. W osi podróży znajduje się rzeka Warta, płynąca z południa na północ. Jest jak kręgosłup całego pierścienia. Pierwszy raz przekroczyłem rzekę w Biedrusku wybiegając na most prosto z lasu. Było południe i promienie słońca odbijały się radośnie w leniwym nurcie. Drugi raz Wartę przekroczyłem pod koniec mojej przygody przed wbiegnięciem do Mosiny. Tym razem było już całkowicie ciemno. Na niebie królowała noc, a w rzece przeglądał się księżyc.

page8image35986128

Słoneczna Warta w ciepły wiosenny dzień

Pętli towarzyszy również ogromna liczba jezior. Z czego kilka wyjątkowej urody. Przede wszystkim jeziora Lusowskie i Kórnickie, gdzie trasa prowadzi wzdłuż linii brzegowych. Tu również miałem okazje podziwiać wodę w dwóch obliczach. Jezioro Lusowskie mijałem w porannym słońcu. Nad brzegiem więcej było wędkarzy niż spacerowiczów, czy biegaczy. Tafla była lekko marszczona porannym wiatrem. Jezioro Kórnickie mijałem już po zmroku. Noc zastała mnie ciut przed Kórnikiem (nad jeszcze innym jeziorem – Skrzyneckim). Kórnik może poszczycić się przepiękną promenadą wzdłuż północnego brzegu jeziora. Ciepłe światła lamp odbijające się w wodzie nadają okolicy romantyczny klimat. Pewnie dlatego, w odróżnieniu od jeziora Lusowskiego, o tej akurat porze częściej można tu było spotkać spacerowiczów w parach niż wędkarzy.

Tak naprawdę prawie każdy fragment trasy wiązał się z jakimś jeziorem. W puszczy Zielonka swojego zbawiennego chłodu udzieliło mi Jezioro Zielonka. We Wronczynie jezioro Wronczyńskie. Przed Stęszewem nie mogłem oderwać wzroku od ptactwa na jeziorze Witobelskim. Zmierzając do Kostrzyna rzucałem ukradkowe spojrzenia na jezioro Górskie wspinając się do wsi Góra po najbardziej górzystym fragmencie całej pętli. Przez kilka samotnych kilometrów towarzyszyło mi jezioro Niepruszewskie.

Woda jest jednym z najbardziej ożywczych pierwiastków przyrody i już sama jej obecność wpływa pozytywnie na witalność ciała i ducha. A tej witalności na długiej trasie pierścienia na pewno potrzeba.

page9image36068048
page9image36075952

Jez. Lusowskie w świetle dnia Pałac w Kórniku wieczorową porą

Pisząc o trasie nie można nie wspomnieć o Rogalinie. To bodajże jeden z najpiękniejszych kompleksów pałacowo-parkowych w kraju. To tu, na terenie Rogalińskiego Parku Krajobrazowego, rosną najstarsze dęby w Polsce. Odwód największego sięga 9 m i wszystko wskazuje na to, że był już tutaj zanim osiedlili się tu pierwsi mieszkańcy.

Niestety tym razem nie miałem przyjemności zobaczyć tego wszystkiego na własne oczy… Do Rogalina dobiegłem już po północy. Trasa Władcy Pierścienia prowadzi w tym miejscu czerwonym szlakiem przez teren parku krajobrazowego od południa mijając część pałacową. Fragment przebiega przez ogrodzony zespół pałacowo-parkowy na teren którego dostać się można przez furty zlokalizowane na obu krańcach. Natomiast oryginalny pierścień rowerowy omija kompleks pałacowy od północy prowadząc asfaltową szosą. Oba szlaki łączą się na powrót w następnej miejscowości, czyli w Rogalinku.

Wcześniej przez cały dzień ślinka ciekła mi na myśl o tym fragmencie pętli. Natomiast wbiegając do Rogalina musiałem zmierzyć się z twardą rzeczywistością. Było już po północy. Kasia nie spała jeszcze tylko dlatego, że czekała aby odebrać mnie z Osowej Góry do której miałem stąd dobrą godzinę drogi. Miałem co prawda ze sobą czołówkę, ale ponieważ nie brałem na poważnie konieczności długiego biegu nocą nie wymieniłem baterii na nowe. Wziąłem czołówkę prosto z szuflady tak jak leżała tam od kilku miesięcy. Efekt był łatwy do przewidzenia. Po ponad dwóch godzinach nocnej wędrówki dawała już tylko mdłe światło, które nie oświetlało drogi, a jedynie sprawiało, że byłem widoczny dla nadjeżdżających z naprzeciwka samochodów. W tej sytuacji wiedziałem, że na ślepo nie uda mi się pokonać sprawnie nieznanego, leśnego odcinka. To z kolei znaczyło, że czas mojej przygody się wydłuży. Samo w sobie nie było to czymś przykrym. Odkąd zapadł zmrok czułem się wyjątkowo dobrze. Zdecydowanie lepiej niż podczas ciepłego dnia.

Natomiast oznaczało to, że osoba która już poświęciła dla mnie cały dzień i której powiedziałem, że będę z powrotem około dwie godziny temu będzie musiała na mnie czekać jeszcze dłużej.

Kiedy dobiegłem do rozstaja szlaków na moment zatrzymałem się. Choć ciągnęło mnie w ciemny las to tak naprawdę nie było dylematu. Ostatni raz rzuciłem okiem na zapraszającą pogrążony w ciemności leśną gęstwinę i ruszyłem znienawidzonym asfaltem. Zdawało mi się, że księżyc przybrał twarz szyderczo śmiejącego się Krzysztofa.

Rogalin nocą

Ten sam manewr powtórzyłem za mostem na Warcie na ostatnich kilometrach prowadzących do Mosiny. Tu również szlak skręcał w las zaraz za mostem, a ja pognałem przed siebie szosą. No cóż, podobno nic nie dzieje się przypadkiem, widocznie kiedyś będę musiał wrócić na tę trasę rozliczyć się z tym fragmentem. W końcu chyba nie można uznać, że pokonało się trasę pierścienia bez spotkania z dębem Bartkiem. To tak, jakby przeczytać powieść Władcę Pierścieni pomijając jednocześnie rozdział o Entach.

Ostatni podbieg na Osową Górę był nadspodziewanie łatwy i przyjemny. To był wspaniały dzień. Oj brakowało mi już tego ultra, brakowało.

Spotkania

Okazuje się, że pierścień to nie tylko zaskakująca przyroda, ale również zaskakujące spotkania. Na przykład wybiegając z Kiekrza widzę, zmierzającego z naprzeciwka biegacza. Biegniemy ku sobie, nic nie wskazuje, że będzie to coś więcej niż zwykłe pozdrowienie. Kiedy byliśmy z 10 metrów od siebie nagle poznaję tę twarz. Toż to Aryj! Były maniac, który zawsze wyróżniał się gaduchą, humorem i uśmiechem. Nie widzieliśmy się dobrych kilka lat. No i proszę, okazuje się, że chłop nadal biega, nadal się uśmiecha i nadal lubi gadać. Takie niespodziewane spotkanie po prawie 6 godzinach w trasie to plus dziesięć do mocy.

Albo las nad Wartą przed Biedruskiem. Wąska ścieżka. Dobiegam do małej rzeczki, nad nią

page10image36028624

przerzucona jest mała kładka. Zatrzymuję się, żeby przepuścić rowerzystę jadącego za mną. Z drugiej strony rzeczki zatrzymuje się biegacz, żeby przepuścić nas obu. Podnoszę wzrok, żeby go pozdrowić i podziękować za ten gest, a tu patrzy na mnie Ryszard Grobelny. Wieloletni prezydent miasta Poznania. No proszę. Okazuje się, że prezydentem się bywa, a biegaczem zostaje się na całe życie.

Spotkanie numer trzy, które totalnie mnie rozbroiło. Borówiec. Dzień się pomału kończy i przygotowuję się mentalnie na kilka godzin napierania w nocy. Z naprzeciwka ktoś biegnie. Przecieram oczy czy mnie wzrok nie myli, ale nie. To Marek Rutek. Jeden z najtwardszych ultrsó jakich znam. Zatrzymujemy się na chwilę.

  • –  Cześć Marek, co słychać, gdzie biegniesz? – zapytuję.
  • –  A wiesz, biegnę od mamy do domu. W weekendy odwiedzam ją jak mam czas. -odpowiada.
  • –  Super sprawa. Czyli lecisz do Poznania?
  • –  No.
  • –  A mama mieszka gdzieś tutaj, w Kórniku? – dopytuję.
  • –  W Jarocinie. – Odpowiada nieśmiało Marek.
    Nie mam więcej pytań. Żegnamy się sympatycznie i każdy rusza w dalszą drogę. Nagleczuję się jakoś pewniejszy przed nadchodzącymi, nocnymi godzinami. I tylko w Tulcach nikogo nie spotkałem… 🙂Tulce. Ten niepozorny budynek jest dla klubu Maniac tym, czym pentagon dla Armii Stanów Zjednoczonych
page11image36036528

Małe vademecum

Na zakończenie kilka spostrzeżeń, które może komuś się przydadzą jeśli któregoś dnia zapragnie skonfrontować swoją siłę i wolę z mocą pierścienia.

Nawigacja. W przeważającej większości trasa jest naprawdę intuicyjna. Na dużych fragmentach pętli podążamy jak po sznurku od jednej miejscowości do drugiej. Trafia się natomiast kilka smaczków, lub haczyków jak kto woli. Trasa znakowana była pierwotnie w 2001 roku, a to sporo lat temu. Nie ma co ukrywać, że ząb czasu odcisnął swoje piętno na pomarańczowych znaczkach. Dodatkowo pierwotnie pierścień prowadził przez terenu poligonu w Biedrusku, który od 2018 r. jest już niedostępny dla ruchu turystycznego. Dlatego mapa może okazać się naszym najlepszym przyjacielem podczas biegu. Zdarzają się momenty, w których po oznakowaniu nie pozostało nawet śladu. W innych miejscach trzeba wykazać się spostrzegawczością, żeby dostrzec ślad po miejscu w którym kiedyś zapewne oznakowanie było. Ja miałem tradycyjną wersję papierową oraz trasę wgraną w telefon. Nie posiadam zegarka, na który mógłbym wgrać tracka, żeby na bieżąco kontrolować swoją lokalizację. Na moje potrzeby to w zupełności wystarczyło. Miałem swobodne nastawienie do całej wyprawy i nie walczyłem o każdą minutę, dlatego nie przeszkadzało mi sięganie do plecaka, żeby sprawdzić gdzie jestem. Przez to nie ustrzegłem się kilku nawigacyjnych wpadek. Moim trójkątem bermudzkim okazała się puszcza Zielonka, w której kilkukrotnie zakręciłem się wokół własnego ogona. Dobrze, że nie widział mnie tam Łęty, nasz czołowy klubowy buszmen, bo nie dałby mi żyć. Od razu uspokoję jednak, że sam jestem sobie winien. Po prostu po dłuższym asfaltowym odcinku i minięciu dużej miejscowości (Murowanej Gośliny) pozwoliłem myślom odpłynąć po wbiegnięciu w zieleń. Moje błędy nie wynikały więc z obiektywnych trudności w terenie, a zwyczajnie zabrakło mi na tym odcinku koncentracji. Natomiast jeśli ktoś chciałby powalczyć o konkretny czas, to tylko track w zegarku pozwoli płynnie lawirować po labiryncie polnych i leśnych ścieżek na całej pętli.

Logistyka. Jedną z największych zalet pierścienia jest mnogość i bogactwo punktów zaopatrzenia. Trasa prowadzi przez kilka dużych miejscowości i mnóstwo mniejszych. Sklepów po drodze jest zdecydowanie więcej niż biegów w tegorocznym wiosennym kalendarzu. A to znaczy, że nie trzeba dźwigać na plecach prowiantu na cały dzień. Jedyne co musimy dobrze zaplanować to czas potrzebny na pokonanie odcinków pomiędzy poszczególnymi punktami. O wiele trudniejszą kwestią od dostępności jedzenia i picia może się za to okazać, co jeść i pić. Nawet nasza najulubieńsza przekąska po kilkunastu godzinach i spożyciu kilku/kilkunastu sztuk potrafi obrzydnąć. Dlatego jeśli jesteś wegetarianinem i najdzie Cię nagle ochota na hamburgera, zjedź hamburgera. Jeśli jesteś mięsożercą i najdzie Cię ochota na marchewkę i ziarna słonecznika, zjedź słonecznik. Gwarantuję, że otrzymacie rozgrzeszenie przy najbliższej spowiedzi.

Organizm to szczwana bestia i najczęściej daje nam znać czego mu potrzeba, tylko my

mamy jakiś uparty zwyczaj te sygnały ignorować. Mnie taka sytuacja spotkała na rynku w Kórniku. Kiedy nie miałem już najmniejszej ochoty na kolejny owocowy mus, widząc wychodzącego z Żabki faceta z hot-dogiem w ręce natychmiast wszedłem do sklepu. A ostatni raz hot-doga jadłem dobre pięć lat temu…

Bezpieczeństwo. Biegnąc samotnie przez okres kilkunastu godzin, nawet po gęsto zaludnionym terenie, zawsze warto mieć przy sobie podstawowy zestaw do pierwszej pomocy. Folia NRC, plaster, bandaż, jałowy opatrunek. Waga jest żadna, a nigdy nie wiadomo kiedy coś się przyda. Ja na przykład dzień zakończyłem z jedną glebą, co jak na mnie jest wyjątkowo dobrym wynikiem. Co prawda było to w środku Kostrzyna i ucierpiała jedynie moja duma (krawężnik okazał się za wysoki), ale cała sytuacja pokazała, że nigdy nie znasz dnia, ni godziny. Lepiej być przygotowanym. O bateriach do czołówki chyba nie muszę już wspominać?

Sprzęt. Trasa Władcy pod względem technicznym jest z gatunku zdecydowanie przyjemnych. Nie ma trudnych, technicznych fragmentów, jest płasko. Mogą przydać się kije, jeśli ktoś jest do nich przyzwyczajony i umie ich używać. Nie jest potrzebny wielki plecak z wielkim bukłakiem, który zamieni nas w jucznego muła. Jedyne nad czym warto trochę się zastanowić to dobór obuwia. Trasa ma dwa rodzaje nawierzchni, w tym całkiem spore asfaltowe etapy. Zwłaszcza na odcinku między Dąbrówką Kościelną i Rogalinem. Ta kwestia w ogóle nie zwróciła mojej uwagi przed biegiem. Skończyło się koniecznością wynalezienia specjalnej techniki poruszania się tuż za Dąbrówką Kościelną właśnie. Polegało to na tym, że poruszałem się bardziej w stylu Korzeniowskiego niż Bekele ograniczając fazę lotu do minimum, aby oszczędzić stopom szoku łomotania o twarde podłoże. Plus był taki, że od tego momentu dostarczyłem trochę rozrywki mijanym po drodze ludziom, którym mój widok ewidentnie poprawiał humor. Wniosek – przed wyruszeniem na pętlę warto zaprzyjaźnić się trochę z asfaltem, a i buty z odpowiednią słoninką na podeszwie nie zaszkodzą.

page13image36072416

Pierścień w pełnej krasie.

Bez wątpienia była to dla mnie duża przygoda i duża sprawa. Wcześniej nie porywałem się na podobne projekty biegowe, a okazuje się że naprawdę warto. Szczerze polecam.

Pierścień okazał się o wiele ciekawszy niż przypuszczałem wybiegając z domu. Zaskoczył mnie różnorodnością miejsc i bogactwem przestrzeni. Jeśli ktoś wcześniej nie miał okazji poznać tych terenów, to z czystym sumieniem zapraszam na pomarańczowy szlak. Przez 1300 spędzonych na nim minut, nie nudziłem się nawet przez jedną.

Tulce. Słońce zatoczyło koło i zbliża się do horyzontu.
Teraz już wiem gdzie tulczanie chadzają na romantyczne spacery

page14image36072000